Kategorie: Wszystkie | biżuteria | haft | pozostałe | szycie
RSS
sobota, 01 grudnia 2012

   Zawsze ciągnęło mnie do szycia, tylko kiedy brałam się do szycia czegokolwiek to, zazwyczaj kończyło się tak,że robótka zostawała odłożona na długi czas. A to dlatego,że musiałam szyć ręcznie. Co mnie strasznie męczyło i zniechęcało. Po kilku,długich latach nadarzyła się okazja by zakupić maszynę. Więc nie wiele zastanawiając się, postanowiłam takie niemałe urządzenie kupić. 

A jeśli ktoś jest z natury sknerą ,to był to naprawdę wielki wyczyn. :P Oto piękny sposób rozwiązał się mój problem z szyciem.  

 

Moja cudowna maszyna to Łucznik Diana. 

  W maszynie nie podoba mi się funkcja szycia wstecznego - a dokładnie przycisk. Mianowicie, aby szyć w tył trzeba go trzymać wciśniętego i wtedy szyć. Chociaż ostatnio wcisnęłam go i mogłam szyć bez trzymania go. Skończyło się to tak,że przycisk wcisnął mi się do wnętrza maszyny. Bez obaw, udało się go wyjąc i umieścić na swoim miejscu. :P

Wiem,wiem pisze o samych wadach. Trudno jest napisać o jej zaletach, jeśli wykorzystało się tylko część jej możliwości, jak podstawowy ścieg prosty i zygzakowy.  Chociaż jest coś, co jest jej dużą zaletą, świetnie trzyma - prowadzi materiał. Szyje prawie sama, a wydaje mi się że to strasznie ułatwia pracę. Jest również łatwa w obsłudze, co dla takiego tłumoka jak ja jest wyjatkowo wygodne. :PP

 

Jeśli idzie o ogólną obsługę maszyny to idzie mi całkiem nieźle. Tak myślę :P

Mam kłopoty z prostym szyciem i obrębianiem, zawsze  materiał zjedzie mi gdzieś w bok. 

 Jak na początek idzie mi jednak całkiem nieźle!  Powoli się wprawiam w szyciowy świat.Zaczęłam od małych i  nieskomplikowanych rzeczy. Uszyłam już okładkę na notes i poszewkę na jaśka. Takie małe niby nic ale jestem z nich dumna! Mam też wiele ambitnych planów. Mam nadzieję że postępy i efekty mojej pracy będziecie z zapałem obserwować. 

Pozdrawiam

Sytri 

 

edit: 3.12.2012 musiałam poprawić co nieco, a mianowicie dopisać coś, bo zamieściłam niestety  nie tą kopie tekstu to chciałam. 

15:12, imaginarium-trzech , pozostałe
Link Komentarze (5) »
środa, 31 października 2012

Oooooj daaaawno mnie tu nie było, dawno. Aura nie napawa do jakiejkolwiek aktywności, a do tego zaczęłam podejmować energiczne działania celem założenia sklepu z moimi potworkami, jak również maluję dwa obrazy jednocześnie, z czego jeden ma ponad metr na każdym boku i ma być to pejzaż... nie lubię malować pejzaży i nie mam żadnego doświadczenia z takimi formatami...a ten drugi, to akrylowy portret pewnego faceta... z akrylami jakoś się nie dogaduję a w malowaniu/rysowaniu mężczyzn również niemal nie mam doświadczenia, bo ci co ich mam pod ręką (od pewnego momentu w zastraszającej liczbie: jeden) to się do pozowania tak nadają, jak kozi zad do zostania pewnym instrumentem dętym... przez 5 minut na tyłku bez ruchu nie usiedzą, co jest dobre przy szybkich szkicach, ale o poważniejszych portretach/studiach można pomarzyć. Tyle dobrego że aż RAZ na jednych zajęciach z rysunku nam dali męskiego modela, to rysunki, które wtedy zrobiłam zachomikowałam skrzętnie i jakby co, mam jakąś podkładkę w kwestiach anatomicznych. A swoją drogą, ten portret jak na razie nie wygląda tak bardzo źle... ciekawe, kiedy sknocę...Jakby to wszystko jeszcze nie wskazywało wyraźnie na to, że kiedyś musiałam się galancie w łeb huknąć, wynikiem czego nie działa on zbyt poprawnie, to dodam też, że jednocześnie z malowaniem wyżej wspomnianych tragedii robię biżuterię, jak również pudełka na nią(bo sobie tak wymyśliłam, że będę miała moje własne, najwłaśniejsze pudełka, a nie kupne. To by było zbyt proste przecież) i niedawno skończyłam jedną rzeźbę, a już robię kolejne dwie, i to w parze!

Aaaaaa. I tłumaczę „Dusiołka”. Na angielski.... z moim brakiem talentu do poezji... wzięłam się za tłumaczenie Leśmiana. No wada mózgu, inaczej być nie może. W sumie to już w liceum było wiadomo, nawet w gazetach pisali o „genetycznych wadach mózgu”:> Juli zapewne pamięta, o czym ja tu teraz...

No a przedwczoraj skończyłam kolejny komplet biżuterii :) Następny z masy papierowej, coby od fimo odpocząć i mi wyszedł, moim zdaniem, całkiem fajnie. Okropnie jestem z niego zadowolona, co jest pewnym problemem, bo robiłam go z myślą o sprzedaży, a za każdym razem kiedy zrobię coś, co mi się naprawdę podoba, to mam problem, żeby się z tym rozstać. Jak nikt nie będzie go chciał, nie będę rozpaczać ;P

Komplet składa się z kolczyków, wisiorka i bransoletki

Komplet biżuterii z masy papierowej, malowany farbami akrylowymi i zabezpieczony wodoodpornym werniksem

Bransoletka jest pokaźna, ale obliczona na chudzielca. Z doświadczenia wiem, że jak ma się nadgarstki takie jak moje, to kupienie jakiejkolwiek graniczy z cudem, bo albo różowe w hello kitty czy inny badziew, albo spadają. Komplet robiłam dokładnie taką samą techniką, jak trzy poprzednie. Jak kogo to interesuje, to niechaj poczyta tutaj, bo jak jeszcze będę poszczególne kroki opisywać, to z tego wpisu moloch wyjdzie nieprzeciętny. Znowu.

Bransoletka z masy papierowej, malowana farbami akrylowymi i zabezpieczona wodoodpornym werniksem

O, ze wszystkich czterech stron ujęta...znaczy, cały obwód widać, że się tak wyrażę.

Obwód wewnętrzny to jakieś 16- 17 cm, a wewnętrzna średnica jakieś 5,5. Ścianki mają średnio 1.5 cm grubości, całość wysoka na mniej więcej 3.5 cm. Wszystkie części zestawu pomalowałam akrylami i zabezpieczyłam wodoodpornym lakierem.

Wisiorek z masy papierowej, malowany farbami akrylowymi i zabezpieczony wodoodpornym werniksem

Wisiorek ma średnicę jakichś 5.5 cm i, jak widać na załączonym obrazku, całość składa się z dwóch części. Koralik znajdujący się nad głównym elementem jest wysoki na mniej więcej 1.5 cm. Główna część nie jest idealnie płaska, tylko lekko wyprofilowana- zagina się do środka. Nie jest to może efekt przeze mnie zamierzony, ale akurat tak się złożyło, że dobrze to wygląda, więc trzymajmy się wersji, że to objaw mojego geniuszu był, zostawienie mokrej, dosyć cienkiej warstwy papieru żeby sobie schła, bez żadnego obciążenia;)

Wisiorek z masy papierowej, malowany farbami akrylowymi i zabezpieczony wodoodpornym werniksem

W lekkim zwisie, na nie całkiem ostrym zdjęciu...

Koralik lata sobie luźno na bawełnianym sznurku, na którym całość podynduje. Znaczy lata luźno, dopóki się wisiorka na szyi nie uwiesi, bo wtedy sznurek się, że tak powiem, rozjeżdża i trzyma go w miejscu. Razem ze sznurkiem całość wisi na długość 31 cm.

Kolczyki z masy papierowej, malowane farbami akrylowymi i zabezpieczone wodoodpornym werniksem

Kolczyki mają średnicę 4 cm, a całość z kółkami, ale nie licząc bigli, dynda na długość 5 cm.

Kolczyki były chyba najtrudniejsze do zrobienia, głównie z powodu konieczności odpowiedniego uformowania tych grubaśnych zawijasków. Nie wyszły, oczywiście identyczne, to by było zbyt piękne, ale generalnie nie narzekam na wynik moich starań.

Kolczyki z masy papierowej, malowane farbami akrylowymi i zabezpieczone wodoodpornym werniksem

Były z zadyndnięciu, no to teraz na plask.

Kiedy zabierałam się za ten komplet, wiedziałam dokładnie jakie kształty chcę uzyskać i jakie wzory, ale za to nie miałam pojęcia co do kolorów. W końcu postanowiłam nie kombinować, tylko machnąć je na czerwono, czyli jeden z moich ulubionych kolorów, a wystające elementy pociągnąć złotą farbą. Klasyczny zestaw kolorystyczny, aż do wypęku niemalże. Kiedy już pomalowałam pierwszy kolczyk, doszłam do wniosku, że można by dodać nieco głębi, boki oraz najbardziej wklęsłe (mam nadzieję, że ktoś wie o co mi chodzi, bo dla mnie samej to brzmi idiotycznie;P) części podmalowując farbą karminową. Której na zdjęciach w sumie nie widać.

Ograniczenie się do dwóch właściwie kolorów było chyba dobrym posunięciem przy takiej ilości zawijasków. Uważam, że jakimś cudem udało mi się nie naćkać i nie przekombinować :D

To tyle na razie. A, prace na konkurs złożyłam i teraz czekam nerwowo na rozwiązanie onegoż. Zobaczymy, jak to będzie.

Gardi.



sobota, 20 października 2012

Dlatego właśnie niezbędnym nowym sprzętem okazały sie kuchenne rękawice.

(Z tą właśnie chwilą stara rękawica w liczbie pojedynczej ląduje w śmietniku. Niech odpoczywa w spokoju.)

Z braku lepszych kandydatów, zostały uszyte z granatowej tkaniny nabytej dawno temu w SH za 2,50. Podłożone ociepliną - w roli izolacji, oraz bawełną - w roli podszewki. Dzisiejsi bohaterowie tworzą taką oto całość.

 

Można zauważyć ze nasze dwie gwiazdy są trochę nie do pary. W każdym bądź razie, bliżniaków nie zagrają. :P Formy miały identyczne ale potem doszło do nieoczekiwanego zwrotu akcji. Planowana fabuła się posypała i wyszli kuzyni. Bliscy.

Ponieważ moje poczucie estetyki nie zniosłoby tej rażącej różnicy i całkiem możliwe że doprowadziłoby mnie to do ciężkiej nerwicy, jedna rękawica ląduje u mamy. 

 

Szyjąc te dwa potworki pirwszy raz miałam okazję poćwiczyć pikowanie. Spodobało mi się. :D Jednak póki co dalsza produkcja nie jest planowana. 

Rękawice się sprawdzają. Można w nich śmiało wyjmować zapiekankę z piekarnika i nie trzeba sie chwytać za trzy ścierki naraz.

Ostatni rzut oka 

 

Na koniec donoszę że:

  • Sukienka z motywem wiśni została miesiąc temu skończona,
  • została także wypróbowana, 
  • nieszczęśnica czeka jednak na foty,
  • fotografa brak,
  • modelka zaś ma kompleksy bo od miesiąca łazi zakatarzona.
  • Kolejka szyciowa się wydłuża,
  • wkrótce nowe wpisy.

Pozdrawiam,     Juli :*

18:48, imaginarium-trzech , szycie
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 października 2012

Jak pisałam ostatnio, jedna z grup na deviantarcie prowadzi konkurs i zastanawiam się, czy by czegoś na ten konkurs nie wysłać. Założenia są takie:

  • ma być to coś zrobionego z modeliny

  • tematem jest jesień

  • może być to cokolwiek, figurka, wisiorek, wszystko jedno co, byle na temat i byle z odpowiedniego materiału

  • poza tym są jeszcze wymaganie dotyczące zdjęć, ale to na chwilę obecną nieważne...

  • no i można wysłać dwie rzeczy

Doszłam do wniosku, że zrobię zawieszkę. Zastanawiałam się jeszcze nad kolczykami, jednakże okazało się, że projekt wyglądał bardzo ładnie, ale zrealizować, to ja go nie potrafię ;P

Pomysłów kilka miałam, wykonałam cztery jednak, ponieważ jeden nie wyszedł, mam trzy różne zawieszki i nie wiem, ani którą wybrać, ani czy którąś w ogóle. I tutaj dochodzimy do meritum tego wpisu. Otóż, baaaaardzo bym prosiła tych, którzy to ewentualnie przeczytają i obejrzą, o napisanie w komentarzach, co sądzą na temat tych potworów :). Czy którakolwiek się w ogóle do czegoś nadaje, i która z nich najlepsza. Co prawda, termin zgłaszania prac mija 30 października, więc zawsze jest szansa, że wykoncypuję coś jeszcze i znowu będę truła ;P

Zawieszka nr jeden, o roboczej nazwie „Jesienny zegar” (po raz pierwszy w ogóle nadaję biżuterii tytuły):

wisiorek z fimo i drutu brązowego

Ma średnicę 3,5 cm i, gdyby to kogoś interesowało po co te znaki zodiaku, to informuję, że przedstawiłam w ten sposób cały okres trwania jesieni astronomicznej. W ramce z drutu brązowego, bo wyjątkowo pokochałam takie połączenie materiałów :) Ta zawieszka jest moją osobistą faworytką :)

Zawieszka nr dwa, roboczo nazywana „Pani Jesień”:

wisiorek z fimo

Na żywo wygląda bardzo fajnie, ale zrobienie jej dobrego zdjęcia to jakiś koszmar. Wielkościowo zbliżona do poprzedniej, większa o jakieś dwa milimetry.

I nr trzy, chwilowo bez nazwy ;P

fimo

Najmniejsza, ledwie 2 cm średnicy. Co przedstawia, to chyba widać ;P

Więc tak jak już pisałam, bardzo, bardzo, bardzo prosiłabym o komentarze, wyjątkowo mi na nich przy tym wpisie zależy. Chwilowo więcej ewentualniekonkursowych rzeczy nie mam, ale zawsze mogę po raz kolejny podejść do tych kolczyków, może tym razem wyjdą, to jak coś, to też będę pytała o wrażenia ;P

To taki króciutki wpis dziś, pozdrawiam i już z góry życzę miłego weekendu :)

Gardi



czwartek, 20 września 2012

Rzeczy wykonane metodą wire wrappingu, jak już zdaje się pisałam, podobają mi się okropnie i usilnie staram się tejże metody nauczyć. I ostatnio, coby nieco od fimo odpocząć wyplątałam kolczyki oraz nausznicę i jestem z nich całkiem zadowolona. Idealnie to nadal nie jest, ale zdaje się, że zaczynam do czegoś dochodzić :D

A przy okazji już do końca przekonałam się o tym, że technika może i ciekawa, może i dająca dobre efekty, ale za to czasem cholernie irytująca!

Jako pierwsze powstały kolczyki. Pomysł na coś w tym stylu chodził za mną już od jakiegoś czasu. Zresztą, co tam chodził! On mnie prześladował, wiercił w mózgu i gnębił po nocach! Brakowało mi tylko odpowiedniego elementu do osadzenia, więc przy okazji ostatniego fimolepnictwa ugniotłam sobie przy okazji dwa odpowiednie koraliki. Koraliki pierwotnie miały być drewnopodobne, ale po drodze jakby troszku mi się zmienił pomysł. Typowe.

Drut brązowy, fimo, szklane koraliki

Kolczyki mają mniej więcej 5 cm długości i wykonane są z drutu brązowego, nieśmiertelnego fimo oraz szklanych koralików. Praca nad nimi była w sumie całkiem przyjemna, ale tylko do momentu, w którym skończyłam wyplatanie drugiego. Tak sobie wtedy na oba popatrzyłam, porównałam, podumałam... i szlag mnie trafił. Ponieważ okazało się, że drugi kolczyk prezentuje się nie najgorzej, ale ten pierwszy, to do całkowitej poprawy. Poprawę zostawiłam sobie na następny dzień, bo jako żywo, zabierać się za coś po 3 nad ranem, to nawet jak na mnie przegięcie ;)

Drut brązowy, fimo, szklane koraliki

I tego rzeczonego następnego dnia myślałam, że mnie skręci jako, że ciągle urywał mi się cienki drucik, w najmniej odpowiednich do tego momentach. Ale jednak pozostałam niezłomna i w rezultacie to ja wygrałam walkę z materią, a nie materia wygrałam walkę ze mną ;P A żeby było już całkiem milutko, pluszowo i słodko, to dodatkowo udało mi się cyknąć naprawdę niezłą fotkę, z której jestem obrzydliwie wręcz zadowolona :D Miła odmiana po ochocie utopienia się w najbliższej kałuży, jaka nachodzi mnie zazwyczaj po obejrzeniu zdjęć mojej biżuterii.

Nausznicę wyplotłam sobie w przerwie między jednym, a drugim kolczykiem, tak mnie jakoś spontanicznie na nią naszło. Miała wyglądać inaczej, ale ponieważ jest to pierwsza nausznica jaką kiedykolwiek zrobiłam ( i życzę jej więcej szczęścia niż tym dwóch, jakie kiedykolwiek posiadałam, a które pogubiłam...) to nie miałam pojęcia ile drutu potrzebuję. Co oczywiście skończyło się odcięciem zbyt krótkiego fragmentu, co z kolei pociągnęło za sobą zmiany w projekcie.

Drut brązowy, wire wrappnigDrut brązowy, wire wrappnig

Tak się prezentuje z tyłu...                                  a tak z przodu

Drobniutka, tylko 1,5 cm wysokości. Ale, ku mojemu zdziwieniu, trzyma się na uchu jak powinna, wygląda całkiem, całkiem, a do tego nie odnotowałam jakichś większych problemów przy pracy nad nią. Debiut nausznicowy uważam za wyjątkowo udany! Wygodna w noszeniu, nie uwiera, nie drapie, nie odcina dopływu krwi. No cud i tyle :D

Drut brązowy, wire wrappnig

                            A tak na uchu....

I tu już niestety mam ochotę wyruszyć na poszukiwania wspomnianej wyżej kałuży...a, że od wczorajszego wieczoru leje, to nie będę miała większych kłopotów ze znalezieniem takowej...:/ Zdjęcie koszmarne, ale fotografowanie własnego ucha chyba nie może być łatwe...

Biżuteryjnie to tyle na dziś z mojej strony, ale jeszcze się pochwalę, że parę dni temu wreszcie założyłam sobie konto na deviantarcie, które nadal próbuję ogarnąć ;P. Jakby kogoś interesowało, to tu jest link. I się tak zastanawiam czy by nie wziąć udziału w jednym konkursie... ale to jeszcze zobaczę...

Pozdrawiam i z wyprzedzeniem życzę miłego weekendu :)

Gardi



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9