Kategorie: Wszystkie | biżuteria | haft | pozostałe | szycie
RSS
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

   Wewnętrzny leniwiec ma się dobrze i nie chce mnie opuścić. W związku z tym, za Chiny ludowe nie mogę się za nic zabrać, nic mi się nie chce i w ogóle najchętniej zapadłabym w sen... wiosenny. Ale pozostały we mnie jednakże jakieś strzępki przyzwoitości i zrobiłam bransoletkę. Chociaż, powinnam chyba była napisać robiłam, bo to robienie trwało tydzień! Calutki! I poskutkowało całkowitą masakrą moich dłoni. Prawej szczególnie. Są pokłute, poodciskane i w ogóle biedne. A to wszystko rezultat niechęci materiałów ( a zwłaszcza jednego ) do współpracy. Na „robienie” bransoletki składało się całe mnóstwo cięcia, ogrom klejenia i niezliczona ilość szycia, jak również nieco plątania i wytłaczania ( z braku lepszego określenia). I ziewania od groma też.

A tak prezentuje się morderca dłoni zwany bransoletką.

Sutasz, sznurek bawełniany, kamienie, sztuczna skóra, filc

   Jak na powyższym zdjęciu widać, bransoletka wykonana została z jakże drogocennych materiałów, jakimi są: sutasz, sznurek bawełniany, czarny filc i stary pasek (ze sztucznej skóry) oraz kamienie na plaży zebrane :P A także ze słusznej ilości kleju i przezroczystych nitek, które ostatnio szczęśliwie odnalazłam, choć już myślałam, że zgubiłam je na amen. Ponieważ konieczność przyklejenia 10 kamieni do filcu tak, żeby się nigdzie nie wybierały, obszycia tychże sznurkiem, doszycia sznurków mających za zadanie trzymać bransoletkę na ręce, „zamknięcie” częściowo rzeczonych sznurków w paskach okropnie twardej i upierdliwej w szyciu sztucznej skóry, dodanie ozdobnego zygzaka ze sznurka między tymi paskami ( co oznaczało wszycie go między obie warstwy skóry sprawiając, że zrobiła się jeszcze bardziej upierdliwa ) uznałam za niewystarczająco uciążliwy i bolesny dla moich łapek proces, wymyśliłam sobie, iż dodam na paskach ozdobne obszycia czerwoną nitką. Ha, ha, ha. Gdyby nie ten jakże „cudowny” pomysł, skończyłabym ze dwa dni wcześniej. Najpierw myślałam, żeby wyszyć zawijaski, jednak po doszywaniu pasków do całości zrozumiałam, że wymysł był, krótko mówiąc, poroniony. Skończyło się więc na obramowaniach. Krzywych zresztą, bo naprawdę przebicie tego diabelstwa igłą jest dość trudne.

Sutasz, sznurek bawełniany, kamienie, sztuczna skóra, filcSutasz, sznurek bawełniany, kamienie, sztuczna skóra, filc

    Najgorsze było to, że igła wbijała się w skórę, ale... moich palców! I to tyłem! Auć! Zawijaski, które miały być wyszyte wytłoczyłam, nie umiejąc z nich zrezygnować. Wytłaczanie polegało na wyduszaniu punkciku za punkcikiem przy pomocy szczypców jubilerskich o okrągłych noskach;P Męczące, ale efekt bardzo mnie zadowolił.

Sutasz, sznurek bawełniany, kamienie, sztuczna skóra, filc

   Kończąc narzekanie na wszystko muszę przyznać, że opłacało się mordować przez tydzień, krwawić z palców oraz przyprawiać się o odciski na dłoniach. Efekt końcowy podoba mi się z każdą chwilą co raz bardziej. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z tym, że już nie muszę się z nim użerać, a tylko nosić i oglądać ;P Całość prezentuje się dosyć okazale, zwłaszcza na mojej okropnie chudej łapinie:P Jest dość ciężka i w związku z ilością kamieni należy uważać przy wymachiwaniu rękoma, coby komuś śliwy/guza nie nabić:P Główny element ma szerokość 6, a wysokość 5,5 cm. Najmocniej zaciśnięta (czyli tak, jak dla mnie ) ma obwód 16 cm. I podoba mi się, pomimo przeżyć jakie mi zafundowała:P Gorzej, że podoba się też mojej mamie, która może mieć jakieś zbierackie zapędy w związku z powyższym:P

Gardi



piątek, 13 kwietnia 2012

   Jakiś czas temu wstawiłam wpis z zawieszką z kameą i obiecałam, że kiedyś pokażę jak skończyły pozostałe dwie. Obietnicę spełniam, po części z poczucia obowiązku, a po części dlatego, iż najzwyczajniej w świecie przez święta uległam potwornemu rozprężeniu i rozleniwieniu: większość nowych potworów niedokończona, a te dokończone- nie sfotografowane. Nie chciało mi się i już. Znalazłam się w stanie ogólnego ( i okropnego zarazem) rozmemłania. I w ogóle obudziło się we mnie wewnętrzne zwierzę, które chciałabym, żeby było wilczycą, ale jednak jest leniwcem. Z rodzaju Choloepus. A wpis jakiś wstawić by trzeba. A więc (wiem, nie powinno zaczynać się zdania od „a więc”;P), niech będą kolczyki z kameami. Tak jak i zawieszka, z którą miały tworzyć komplet, sponsorowane przez firmę „Zapomniałam, że sutasz jest sznurkiem, więc robię zupełnie nie to, co chciałam.”

 Biały sutasz, kamea, szklane koraliki, onyks, cytryny

   Kolczyki wykonałam ze wspomnianych już kamei, białego sutaszu, szklanych koralików: czarnych i przezroczystych, koralików onyksowych oraz cytrynów. O dziwo, tym razem ucięłam sobie z sutaszu od razu równej długości kawałki na oba kolczyki, więc do pracy zabrałam się pełna zapału, no bo skoro wszystko takiej samej długości/ wielkości to musi wyjść równiutko i w ogóle achno-ochnie, prawda? I to chyba wszystko co dobrego można o pracy nad tymi kolczykami powiedzieć. Zaczęłam świetnie, skończyłam...

Po pierwsze: w projekcie założyłam użycie koralików typu rurki, przekonana święcie, że takowych mam całe pokłady. Kamee przyklejone, sutasz ucięty, więc dziarsko pomaszerowałam do pokoju, capnęłam buteleczkę z koralikami, zlazłam na dół, przyjrzałam się rzeczonej buteleczce... spojrzałam raz...drugi...pod światło i w cieniu...potrząsnęłam....zaczęłam w panice koraliki wysypywać ( niektórzy jeszcze tydzień-dwa później marudzili, że się ciągle na jakichś wyślizgują...) i znalazłam. Całą jedną, jedyną rurkę. Osamotnioną całkiem pośród koralików okrągłych. Gdzie podziała się reszta, to ja nie wiem. Jako żywo nie pamiętam, żebym cokolwiek z nimi robiła, ale może mam aż tak ogromną sklerozę. W każdym razie, nieprawdaż, siłą rzeczy niejako, projekt uległ daleko posuniętym przekształceniom i zamiast być prościutkim, przyjemnym przedsięwzięciem zmienił się w źródło wielu jęków zawodu, zgrzytania zębami i puszczania pary z uszu oraz wieeeelu odpruwań dopiero co uszytych fragmentów. Spowodowane głównie niechęcią okrągłych koralików do współpracy z moją skromną osobą...

Biały sutasz, kamea, szklane koraliki, onyks, cytryny

   Nie powiem, żeby powyższe na wiele się zdały, bo krzywaśnie jest nadal, ale przynajmniej da się na nie patrzeć i da się nosić. Jeśli nie przyglądać się kolczykom zbyt uważnie i ze zbyt bliskiej odległości, to na uszach prezentują się całkiem przyjemnie. Jednakże mam do nich wiele gorących, ognistych wręcz, uczuć. Z jakichś przyczyn, negatywnych. Ciekawe dlaczego?

   Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że mają całe 5cm długości i nie są aż tak lekkie, jak można by się tego spodziewać, ale daleko im do urywania uszu, można cały dzień w nich przelatać, bez obawy, że wieczorem do złudzenia przypominać będzie się Masaja. Czy raczej Masajkę, w moim przypadku.

   No i jeszcze te zupełnie do siebie nie podobne wihajstry, zupełnie inaczej poprzyczepiane, na skutek pomroczności jasnej jaka mnie opadła przy szyciu drugiego z kolczyków.

   A tak na marginesie donoszę, że dopadło mnie przedświątecznie i popełniłam byłam koszyk. Jak na moje możliwości, zaskakująco mało krzywy. Co oczywiście nie jest równoznaczne z tym, że prosty. Jak już zrobię mu zdjęcie( znaczy, takie bez jajec w środku) to może pokażę, ku uciesze gawiedzi.

Gardi.

PS

Jak to przestrzeganie zaleceń lekarskich ułatwia życie... moja siostra na kartce świątecznej z zającem zobaczyła kurczaka, a co poniektórzy, czytając dodany przed świętami przez Juli wpis, w koszyczku zobaczyli kaczkę, a nie królika... a wystarczyłoby jednak nosić okulary, jak lekarz kazał:>

PPS

Ja chyba cierpię na daleko posunięty słowotok, uruchamiający się automatycznie za każdym razem, kiedy mam coś napisać...



sobota, 07 kwietnia 2012

Ach, tak!! Te nasze zachcianki!! Ale, ale!! No jak to, przecież trzeba sobie dogadzać!!
Popełniłam więc tę wychcianą kamizelkę.

  

 Ja w mojej nowej kamizelce prezentuję się jak widać 

Foson z Burdy Szycie krok po kroku 1/2011. Muszę przyznać że trochę mnie ten fason rozczarował.

Hojne dary natury zmusiły mnie do stopniowania wykroju. 
Okazało się że muszę wpuścić coś na przodzie. Tu akurat odniosłam sukces, jednak nie całkowity. 
Kamizelka nadal nieatrakcyjnie marszczy się na przodzie, choc jest o niebo lepiej niż na początku.
Powinnam zaprzestać wymieniania wad...


To może zalety??
Moja nowa kamizelka jest bardzo ciekawa. podobaja mi się wydłużone przody i frakowy kołnież.
Muszę sie równiez pochwalić MEGAPROFESJONALNYM wykończeniem. (Tutaj wymagane brawa i wiwaty.)

To by było na tyle.
Pracuję intensywnie, jednak odbiegam od planu. To przez te zachcianki...

  Na ostatek życzę WESOŁYCH ŚWIĄT!!
Jajek, mazurków, odwiedzin króliczka i wiele, wiele innych. 

12:15, imaginarium-trzech , szycie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012

   Ostatni tydzień, no dobrze, ostatnie dwa tygodnie, minęły mi pod znakiem fimo. I to jak! Na potęgę! Codziennie coś lepiłam, wieczorem mówiłam sobie: no dobra, starczy, jutro wypiekam. Po czym, dnia następnego przychodziło mi do głowy coś jeszcze a ilość nieutwardzonych przedmiotów rosła i rosła, w zastraszającym tempie. I, żeby było ciekawiej, nie było to takie sobie zwykłe lepienie, o nie! Eksperymentowałam okropnie, szalałam z technikami. Rezultaty są różne, w większości całkiem dobre. I kiedyś je tu pokażę, jak już wszystko do końca poobrabiam, poskładam do kupy i wychucham, ale kiedy to nastąpi, to nie wiem. Wśród tych najróżniejszych fimiaków znalazło się kwiatków od groma, w tym dwa(!!) komplety kolczykowo- przywieszkowe. I jeden z nich, akurat nieeksperymentalny, którego inspiracją był wzorek na bluzce mojej mamy, zamierzam pokazać.

Ta daaam!

 Fimo w odcieniach brązu, elementy srebrne

   Przy robieniu kolczyków drgnęła lekko secesyjna cześć mojej skromnej osoby i dała mi kuksańca pod żebra domagając się zadośćuczynienia jej zapotrzebowaniu na pnącza, listki oraz zawijaski. Stoczyłam ciężki konflikt wewnętrzny, bo pierwotne założenie kolczyków było zupełnie inne, aż w końcu stanęło na kompromisie: dwóch listkach, jednym tworze łodygopodobnym i jednym pnączu na kolczyk.

Fimo w odcieniach brązu, elementy srebrne

   Ja jestem z efektu zadowolona, ale tkwiąca we mnie, wcale nie tak głęboko, wielbicielka Muchy marudzi, że można było lepiej. Może i można było, ale to nie miało być secesyjne, do licha! :P Nauczona doświadczeniem zdobytym przy pracy nad, tym razem zupełnie zamierzenie i z premedytacją secesyjnymi kolczykami, opartymi na bardzo podobnym planie, w twór łodygopodobny wsadziłam kilkakrotnie skręcony drucik miedziany, coby wyeliminować uginanie się i sprężynowanie tegoż. Z przyjemnością donoszę, że zdało to egzamin. Kolczyki, nie licząc srebrnych kółek i bigli, mają długość 5 cm.

Fimo w odcieniach brązu

   Zawieszka składa się, jak zresztą widać, z czterech połączonych w szeregu kwiatków. Każdy z nich ma z tyłu cupideusza do przeciągnięcia łańcuszka czy innego materiału zawieszającego. I uczciwie przyznaję, że nawlekanie ich jest dosyć upierdliwe, ale za to kiedy już się przeżyje napływ frustracji, pokaże się światu znajomość o wiele większej liczby brzydkich słów niż chciałoby się do tego przyznać, parę razy sapnie sobie z irytacji, pozgrzyta zębami i przezwycięży ochotę ciepnięcia diabelstwa w kąt to myślę, że efekt końcowy wynagradza te przeżycia. Sądzę również, iż gdyby zastąpić łańcuszek np. rzemykiem wszystko poszłoby o wiele łatwiej, bo w końcu sztywniejszy i łatwiej nim manewrować. Przywieszka jest szeroka na 6 cm.

Fimo w odcieniach brązu

   Praca przebiegałaby bezproblemowo, gdyby tylko temperatura panująca w mieszkaniu była nieco niższa, albo gdybym nie lepiła w jadalni połączonej z kuchnią:P A ponieważ cały dzień intensywnie piekło się różne dobre rzeczy, to temperatura przekroczyła 20 stopni i okazało się, że fimo tak samo jak ja takich temperatur nie lubi i ciapcia się w nich okropnie. Uformowanie płatków graniczyło z cudem, bo jak już niby uformowałam, to nie mogłam ich od placów odkleić. Parę razy więc lądowało wszystko w lodówce i koniec końców, skończyło się dobrze, a nie przewidywaną przeze mnie katastrofą:P

I jakoś w ogóle nie mam dziś weny do pisania, więc wracam do obrabiania potwornej ilości eksperymentalnych fimowców:P

Gardi.

P.S. Tak sobie myślę, że za niedługo komputer całkiem wyzionie ducha... napisanie tego posta zajęło mi dwie i pół(!!) godziny. A bo to zawiesił się całkiem, jak włączyłam przeglądarkę, po próbie otworzenia fotek, coby je poobrabiać, kiedy chciałam otworzyć tzw. dokument tekstowy, żeby nie wstawiać posta z c zamiast ć, i wiele razy jeszcze, po czym na koniec zaczął krzyczeć, że mozilla mu strasznie duże zużycie procesora powoduje, w momencie kiedy przeglądarka była tak sobie po prostu otwarta i nic absolutnie się tam nie działo. Masakra.