Kategorie: Wszystkie | biżuteria | haft | pozostałe | szycie
RSS
sobota, 24 marca 2012

   Za oknem dzisiaj ze 14 stopni, już jakieś 3 dni (AŻ 3 dni!! Niedługo suszę ogłoszą jak tak dalej pójdzie...) nie spadła z nieba ani jedna kropelka, od 3.30 zaczynają rozlegać się energiczne i entuzjastyczne ryki zwane przez niektórych, z jakichś powodów, ptasimi trelami. Koty sąsiadów zaczynają drzeć pyski ( ale na szczęście, nieco później niż ptaki. Połączenie takie byłoby co najmniej niestrawne...), dzieciaki z sąsiedztwa obijają piłką bramę. Nie swoją- moją nie wiedzieć czemu... I nawet uwaga, uwaga(!) miałam okazję zobaczyć dzisiaj słońce! Tak! Rachityczny, zielonkawo-żółty okrąg próbował desperacko przedrzeć się przez chmury, ale w końcu poległ. Ale był! Co prawda, gdybym próbowała porę roku określić tylko na podstawie pogody, to równie dobrze mogłaby to być jesień, zima jak i lato, taki to już niestety głupawy klimat panuje na zachodnim froncie działania naszego imaginarium. Jednakże uroczy zapach krowieńca unoszący się od paru dni w powietrzu niezawodnie podpowiada, że wiosna rozpanoszyła się na dobre. W środę nawet musiałam zamykać okno przed trzmielem, a na grządkach przekwitły już krokusy i zakwitły tulipany. Łodyżki mają na jakieś 5cm, drugie tyle to kwiat, przez ślimaki pozżerane, ale rosną:P No wiosna jak nic!

   I ten wiosenny nastrój udzielił się również mi. Nie rzuciłam się jednak ani do koszenia trawnika, ani do Wielkich Wiosennych Porządków, ani innych, równie absurdalnych bzdur. O nie, nie. Zrobiłam sobie wiosenny, kwiatuszkowy niby-komplet :D W zupełnie nie wiosennych kolorach, bo co za dużo, to niezdrowo. Niby-komplet składa się z kolczyków i zawieszki, utrzymanych w brązowej tonacji, z dodatkiem akcentu kolorystycznego w postaci czerwonych kuleczek, dyndających sobie radośnie zarówno z kolczyków, jak i zawieszki.

Fimo w odcieniach brązu i czerwieni, rzemień

   Kolory są takie a nie inne z bardzo prozaicznego powodu: chciałam uzyskać pewien efekt łącząc różne odcienie fimo a, że nie wiedziałam, czy dobrze kombinuję, to będąc do przesady oszczędną, użyłam tych kolorów, którym mam najwięcej. Ostatecznie nie wyszło tak jak chciałam, ale też nie najgorzej więc trzeba było na coś tę masę wykorzystać. Długo się nie zastanawiałam, bo już od dawna miałam ochotę na podobny wisiorek. Przeprowadziłam kiedyś jedną próbę, ale jej wynik mnie nie zadowolił. Tym razem nie kombinowałam z formą, nie udziwniałam i o dziwo, w żaden inny sposób nie skomplikowałam sobie życia :O Cud i tyle!! Kwiatki w wykonaniu są proste jak konstrukcja cepa, utwardziły się bez ekscesów i jestem z nich obrzydliwie zadowolona!

Fimo w odcieniach brązu i czerwieni, rzemień

   Kolczyki różnią się kształtem od wisiorka z powodu jeszcze prostszego: nie starczyłoby mi masy na dwa kolejne takie same, nawet dużo mniejsze. W związku z czym( patrz przesadna oszczędność) kolczyki są jeszcze prostsze i co za tym idzie jeszcze łatwiej się je robiło. Kolczyki i przywieszkę w całości utrzymuje cieniutki, czarny rzemyczek.Kolczyki mają 6, a zawieszka jakieś 9 cm długości.

Fimo w odcieniach brązu i czerwieni, rzemień Fimo w odcieniach brązu i czerwieni, rzemień

   Praca nad kompletem poszła tak sprawnie i bezproblemowo, że aż nie mam o czym pisać:D I z wczorajszych doświadczeń wnoszę, że następne podejście do biżuterii ciągnąc będzie się przez dwa tygodnie, w trakcie których nastąpi trzykrotnie koniec świata, kot sąsiadów wygrzebie wszystkie kwiatki z grządki i je zje, przyjdzie trwający tydzień sztorm i to taki, że po ulicach stolycy będą statki pływać, Titanic zatonie powtórnie, połamię sobie wszystkie paznokcie, łącznie z tymi u nóg, przy każdej próbie upieczenia ciasta wyjdą mi co najmniej 4 zakalce ( na jedno ciasto!), zrobi mi się nierozczesywalny kołtun, sąsiad ogoli żywopłot w kubik, w polskim sklepie zabraknie białego sera, nie pojadę do zoo a całe przedsięwzięcie skończy się spektakularnym fiaskiem! O! Bo równowaga w przyrodzie musi być w końcu zachowana...

Gardi



piątek, 23 marca 2012

Tak, kłębi mi się w głowie zbyt wiele pomysłów…

Bardzo lubię mieć szyciową wenę. Jednakże natchnienie w takim natężeniu paraliżuje mi ręce i nogę - czyli wszystkie członki odpowiedzialne za obsługę maszyny. Tak, tak, moje muzy czasem przesadzają. Może to z okazji wiosny!! Za oknem tak pobudzające słońce budzi wewnętrzne szalone demony!!

Cóż, przejdę do opisu projektów.

Na początek sukienka, póki co w najdalszym stadium realizacji, bo jest wykrojona. Tak, to wielkie osiągnięcie… Jednakże jest to projekt wysoce złożony (tutaj wymagane ochy i achy). Część wykrojonych elementów czeka na członka całości, który udał się na upiększanie do Sytri. Sprawa jest delikatna i artystki pośpieszać nie wolno. 

Nie ma co ukrywać, po projekcie spodziewam się wiele, i mam zamiar w kreacji paradować jeszcze na wiosnę. Wzór kwiatów wiśni, mam nadzieję, będzie ładnie pasować do granatowej tkaniny bawełnianej.



Krojąc z granatowej bawełny wpadłam na genialny pomysł przerobienia wykroju i uszycia drugiej sukienki. Tak się zapaliłam że już nawet przerysowałam wykrój w celu profanacji. I to jest miejsce w którym się zatrwożyłam, bowiem nigdy wykrojów nie przerabiałam. Mam jednak sporo materiałów na marnotrawienie więc na dniach zobaczę co z tego wyjdzie. Ha!! I to też będzie sukienka inspirowana latami 50-tymi. Jak Papavero dało wykrój to trzeba przecież korzystać, bo czekałam na taki niemało. Nie wiem tylko czemu, zamiast z niego po prostu skorzystać, uparłam się na przerabianie…

Następny w kolejce jest żakiet. Ma być prosty, krótki, w miarę dopasowany. Ma pasować do sukienek, bo póki co wszystkie przeze mnie uszyte są bez rękawów i zimno mi w ramiona. Nie mogę się jednak zdecydować na wykrój. Albo mi się nic nie podoba, albo mnie poraża ogrom pracy. Nastepna Burda zapowiada się jednak obiecująco i chyba z niej właśnie skorzystam.

Na dodatek wymyśliłam sobie ostatnio kamizelke. Wykrój już właśnie zrobiony, musze wybrać tkaninę. Mam jednak solidnego pomysła!!



Jak mi się podobają moje plany?? Porażają lekko niektóre ośrodki w moim biednym i zmęczonym mózgu. Kiedy jednak skończę to wszystko będę z siebie niebywale dumna. Postępy w misji będą referowane.

PS. Boję się że będę zbyt modna. :O 

19:13, imaginarium-trzech , szycie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 marca 2012

   Lubię lepić z fimo. Masa ta daje mnóstwo możliwości, a głównym elementem ograniczającym jest wyobraźnia. Są oczywiście rzeczy, których ze względu na fizyczne właściwości masy oraz sposób jej utwardzania zrobić się nie da, ale znajdują się one w zdecydowanej mniejszości.

   Jakieś dwa lata temu pierwszy raz usłyszałam o steampunku i od tego momentu pozostaję w głębokim zachwycie nad biżuterią utrzymaną w tej stylistyce. Marzy mi się posiadanie chociaż jednego, niechby nawet drobniutkiego, elementu prawdziwej steampunkowej biżuterii. Ale, i stwierdzam to z ogromnym żalem, nic takiego nie mam. Oczywiście korci mnie mocno, żeby spróbować zrobić cokolwiek własnoręcznie, jednakże uniemożliwia mi to brak materiałów. Nie, żebym narzekała na brak starych zegarów w domu, jest nawet wręcz odwrotnie, ale cosik mi się wydaje, że jeśli z któregokolwiek wydłubię trybiki i inne zachwycająco przydatne biżuteryjnie części, to mnie co poniektórzy utrupią na miejscu... Ostatnio jednak, w trakcie dosyć bezmyślnego ugniatania kawałka fimo, przyszedł mi do głowy pewien pomysł... a czemu by nie spróbować ulepić czegoś steampunkopodobnego z masy? Jak pomyślałam, tak zrobiłam, a efekty możecie właśnie oglądać :

 Fimo

    Idealnie, oczywiście nie jest jako, że to moje pierwsze podejście do industrialnego wzornictwa w ogóle, poza tym jednym przypadkiem nigdy mnie jakoś specjalnie nic w tym stylu nie pociągało. Uważam jednak, iż wyszło całkiem fajnie, chociaż steampunkiem nazwać tego raczej nie można. Aczkolwiek mam nadzieję, że widać z jakiego stylu inspiracje czerpałam.

   Przy okazji dłubania się z tymi kolczykami i zawieszką wpadłam na pewien pomysł: brakowało mi odpowiednich metalicznych kolorów, więc.... użyłam perłowych cieni do powiek:D Okazały się świetne w roli barwników do fimo. Posmarowałam nimi niektóre elementy jeszcze przed utwardzeniem, a potem z duszą na ramieniu obserwowałam zachowanie przedmiotów w piecu. Ku mojej ogromnej uldze, cienie nie spłynęły, nie rozwarstwiły się, ani nie nastąpiła żadna inna, ogólnie pojęta katastrofa. A ja zrozumiałam, że zyskałam kolejny materiał użyteczny przy tworzeniu biżuterii :D

   W zamyśle kolczyki miały być skrzydełkami, ale już po utwardzeniu doszłam do wniosku, że bardziej przypominają mi raczej na wpół mechaniczne ptaszydła zajęte czyszczeniem piór. I bynajmniej mnie to nie zmartwiło:P

 Zawieszka z fimo

   Oprócz fimo, do zrobienia kolczyków użyłam wspomnianych już cieni do powiek, posrebrzanych drucików, kółeczek (z nie mam pojęcia czego)z odzysku, kółeczek srebrnych no i posrebrzanych bigli. Zawieszka w całości składa się z podkolorowanego w niektórych miejscach cieniami fimo. Kolczyki mają mniej więcej 5,5cm, a zawieszka 5cm długości.

   W trakcie pracy największe problemy sprawiło mi wymodelowanie trybów na kolczyki i kółeczek otaczających zawieszkę. Z trybami kłopot polegał na ich zębach: nie wychodziło mi wycięcie całości w jednym kawałku, a potem okazało się, że wycięcie kółek i późniejsze dolepianie zębów też nie jest idealnym rozwiązaniem: malutkie fragmenty masy przesuwały się, czepiały siebie nawzajem, moich palców i narzędzi. Słowem: czepiały się wszystkiego, tylko nie tego, czego powinny! W końcu jednak udało mi się okiełznać żywioł, i chociaż po doświadczeniach z kołami zębatymi obawiałam się podobnych problemów z piórkami, to nic takiego nie nastąpiło. Pióra okazały się łatwe w formowaniu (długie paznokcie narzędziem uniwersalnym;P) i bezproblemowe w umiejscawianiu ich na głównych elementach kolczyków. Aż się zdziwiłam ich chęcią współpracy:P

 Kolczyki z fimo

   Przy kółkach natomiast problemem była sama masa: odpowiedni kolor miałam tylko w wersji soft... masa ta po rozgrzaniu w palcach powyżej pewnej granicy robi się okropnie przylepna. W związku z powyższym przyczepienie kółek w odpowiednich miejscach stanowiło pewne wyzwanie, gdyż cieniutkie, wiotkie i potwornie lepkie kółeczka nie przepuszczały żadnej okazji do przyczepienia się do czegokolwiek: innych kółek, mnie, podkładu na którym pracowałam, wierzchu zawieszki... A jak pomyślę o tym, że oryginalnie miały to być zębatki..Brrr! Nie były to jednak kłopoty nie do przeskoczenia i w sumie pracę wspominam bardzo miło:)

 Zawieszka z fimo

   Efekty końcowe uważam za całkiem zadowalające, zważywszy zwłaszcza na fakt, iż było to moje pierwsze podejście do tej stylistyki.

   Zrobiłam co prawda jeszcze jedną zawieszkę, ale wymaga nadal dopracowania i jest z jakichś powodów koszmarnie niefotogeniczna. Na zdjęciach wychodzi tak, że nic, tylko się przeżegnać, wykonać egzorcyzm na odpędzenie biesów i dać nura pod stół, coby tego straszydła nie oglądać... Dziwne, bo na żywo nie prezentuje się jakoś szczególnie źle... Kiedy uda mi się te przeszkody pokonać, to nie omieszkam się pochwalić:P

Gardi

PS

I przepraszam za jakość ostatniej fotki, ale już podjęłam ileś tam prób sfotografowania tej zawieszki w zadyndnięciu, i w końcu poległam. Ostrość i światło łapałam w gimpie. I, uwierzcie na słowo, jest świetnie w porównaniu z oryginałem...

Jak mi się wreszcie uda dobre zdjęcie zrobić, to zedytuję.

 

 



piątek, 09 marca 2012

   Jakieś dwa tygodnie temu przypomniało mi się, że gdzieś w domu mam trzy kamee. Kiedy je zamawiałam, nie miałam sprecyzowanych planów, ale wiedziałam jedno: na pewno w czarnym sutaszu! Po czym... zapomniałam takowego zamówić! Żeby to raz... Okazji do nadrobienia niedopatrzenia było od tamtego czasu sporo, ale zawsze dopiero po fakcie orientowałam się, że znowu zapomniałam. Pamięć wypisz, wymaluj jak u kury- dobra, ale krótka, co nieraz już dawało mi się we znaki. Kamee leżały więc, obrastały kurzem, aż postanowiłam, że dość! Czarnego sutaszu jak nie było, tak nie ma, ale trzeba coś z nimi zrobić. No i się zaczęło...

   Pierwszy problem jaki pojawił się przy tworzeniu zawieszki, wziął się z tego, że ZAWSZE, ale to ZAWSZE robiąc projekt czegokolwiek, co wykonane ma być z sutaszu, nie biorę pod uwagę pewnej drobnej właściwości rzeczonego materiału: otóż, i tym stwierdzeniem chyba nie odkryję Ameryki, jest to sznurek. Sznurek, o dosyć charakterystycznym przekroju. Prostokątnym. W związku z czym, należałoby chyba brać pod uwagę, że będzie zachowywał się w pewien określony sposób. Inaczej, niż miękkie, okrągłe sznureczki. Mam rację? Ano mam. Więc, ja się pytam grzecznie, czemu, u diabła, nie mogę o tym pamiętać przy projektowaniu?!? Ile by mi to zaoszczędziło irytacji....

   Oczywiście,także tym razem raczyłam całkowicie olać właściwości sutaszu, co doprowadziło do tego, że z projektem zawieszka ma wspólnego tyle: centralnym elementem jest kamea, sutasz jest biały, a dodatkowe elementy to onyks i czarne, szklane koraliki.

biały sutasz, kolraliki, onyks, kamea

   Projekt opierał się na stylistyce barokowej, i taka też zawieszka miała być. Z mnogością form, zawijasków, spirali, fal, achów i ochów. Może dałoby się uzyskać taki efekt, o jaki mi chodziło, ale na pewno nie tak, jak planowałam zrobić to ja. I w zasadzie podejrzewam, że mimo wszystko konieczność zmiany projektu wyszła zawieszce na dobre. Inaczej prawdopodobnie bym przekombinowała, co często mi się zdarza.

   Wykonana została z, jak już wspomniałam, białego sutaszu, koralika onyksowego, szklanych czarnych koralików (które nawiasem mówiąc, wycyganione dawno temu od babci, są starsze ode mnie :P), oraz kamei z diabli wiedzą czego. Owo diabli wiedzą co ma jedną, irytującą właściwość: mój super, hiper klej, który świetnie klei szkło, metale, papier, tkaniny wszelakie, drewno, plastik, porcelanę, palce, skórę oraz włosy a ponadto tańczy, śpiewa i parzy kawę, nijak nie mógł sobie z nim poradzić. Ale zwalczyłam draństwo! Siedzi mocno i nigdzie się nie wybiera! Idealny okazał się zestaw: cała masa kleju, aż przeciekającego przez filc na drugą stronę i... wylot powietrza (czy jak to tam się zwie) od laptopa:D Termofilny klej, pracowicie obchuchiwany gorącym powietrzem, wreszcie związał. A ja odetchnęłam z ulgą i mogłam brać się do dalszej pracy.

   Tył niezbyt-barokowej zawieszki podklejony jest czarnym filcem, tym razem całkiem zamierzenie, więc spojrzenie nań nie wywołuje u mnie zgrzytania zębami

biały sutasz, kolraliki, onyks, kamea

Dodam tylko, że zdjęcie robione było chwilę po podklejeniu, więc filc jeszcze nie obciachany porządnie, no i klej prześwieca. Ale czekać mi się nie chciało, robić drugiego zdjęcia- też nie.

   Na szczęście, większe problemy skończyły się na projekcie i problemach z przymocowaniem kamei, dalsza praca przebiegała prawie bez zastrzeżeń, a z efektu końcowego jestem, zaskakująco jak na siebie, zadowolona. Całość, łącznie z cupideuszem, mierzy sobie jakieś 4,8 cm długości i jest leciutka.

   Ale nie ma tak dobrze, żebym podeszła bezkrytycznie do czegoś, co zrobiłam własnoręcznie, a więc wytykam: cupideusz mi się troszeczkę w trakcie pracy sibnął na bok, więc nie jest przymocowany idealnie na szczycie zawieszki, tylko przesunięty o jakiś milimetr, czy nawet 1,5 w lewo, ale nie rzuca się to jakoś bardzo w oczy, więc ścierpię to niedociągnięcie, spruwać mi się nie chciało. No i jedna z dolnych spirali też nie jest idealna, ale co tam.

A tak to wygląda w zwisie swobodnym, na krzywej fotce:

biały sutasz, kolraliki, onyks, kamea

Na tym zdjęciu róża na kamei ma chyba najbardziej zbliżony kolor do tego, co w naturze. Chociaż powinna mieć w sobie więcej żółtego( uprasza się o nie wizualizowanie sobie jajecznej żółci...).

   Podsumowując, i kończąc ten okropnie chaotyczny wpis, zawieszka, chociaż niedoskonała, prezentuje się, wg mnie przynajmniej, przyzwoicie i jestem z niej całkiem zadowolona. Podobała się również moim babciom i mamie, ale coś mi się wydaje, że taka już rola mam i babć, więc nie uważam ich opinii za ostateczny wyznacznik, chociaż bardzo sobie cenię:)

   A po przejściach z tymi kameami (dwie pozostałe skończyły jako kolczyki, o których kiedy indziej, bo nadal mnie po nich telepie) przez najbliższy rok się już żadnej nie dotknę! Co za problematyczne cholery!

PS

Swoją drogą, razem z zawieszką pojawił się kłopot(kolejny;P)... Otóż, doszłam do wniosku, że świetnie pasowałaby do gorsetu, którego nie mam... kupić, nie kupię, więc należało by uszyć... a, że nie posiadam tutaj takiego użytecznego narzędzia jak maszyna do szycia, to na samą myśl o tej tytanicznej pracy zimny pot mnie oblewa:P

Gardi





wtorek, 06 marca 2012

Może pisanie nie jest moją najmocniejszą stroną. Za to szycie wychodzi mi całkiem nieźle, zważywszy na fakt że pasję tę odnalazłam dość niedawno. Maszynę do szycia kupiłam przed zeszłymi wakacjami. Pierwszym uszytym przeze mnie ciuchem, jak się okazało z nie tak wielkim trudem jak myślałam, była czarna prosta sukienka.  Może jednak, póki co,  nie będę przynudzać…

Ostatnim moim dziełem jest spódniczka z wykroju Papavero.

http://www.papavero.pl/wykroje-do-pobrania/590-gotowy-wykroj-spodnica-dla-pani-h-.html

Uszyłam ją z granatowej średnio grubej bawełny, podszewkę z czarnego poliestru. Ma bardzo wysoki stan, sięga prawie pod biust. Dodatkowym atutem są przepiękne i gustowne cięcia. O jej wspaniałości ostatecznie decyduje to że znakomicie leży.

cięcia tyłu

Sama spódniczka nie wymagała wiele zmian. Musiałam lekko wyprofilować ją w biodrach, i to właściwie tyle. Proces twórczy (zwany potocznie szyciem) nie sprawiał zanadto problemów. Poszczególne części wykroju raczej do siebie pasowały, niestety nie idealnie. Nie wiem czy to wina wrodzonego lenistwa czy może raczej przeczucia, uznałam że poprawiać nie będę. A co mi tam, może być. Poza tym bawełna raczej nie miała dodatków elestanu i zabawa z wdawaniem i naciąganiem to tu, to tam spowodowałaby zapewne niebezpieczny wzrost poziomu zestresowania. 

 wygląd na ludziu

W czasie jej noszenia nie jest zalecane spożywanie obfitych posiłków. :D Mam więc w planie uszycie jej z dzianiny, to jednak daaaleeekaaa przyszłość, bo jak u każdej osoby szyjącej moja kolejka jest nieskończenie dłuuuga. 

Juli



18:16, imaginarium-trzech , szycie
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2